W dzisiejszym poście przedstawiam Wam artykuł mojej koleżanki po fachu, z którą rozpoczynamy serię poświęconą homoseksualistom i wszelkim wątkom homoseksualnym obecnym w sztuce. Mój artykuł znajdziecie na jej blogu pod tym linkiem: Warhol, Ty stary zboku
A teraz głos oddaje Kasi:
Jestem załamaną XXI wiekiem
wegetarianką, miłośniczką starego dobrego kina i klasyki
literatury – czyli najgorszy sort Polaka. Aspiruję na
felietonistkę, choć wydaniem własnej książki też nie pogardzę.
Mam na imię Kasia, i dziś otworzę Wam oczy. Gdybyście chcieli
otworzyć je jeszcze szerzej – zapraszam na mój blog Absurdalnie i Sensownie.
Co sprawia, że jeden artysta ma
większy „fejm” jak to gimnazjaliści mówią, niż inny?
Dlaczego gorsi są lepiej znani niż lepsi? Dlaczego popkultura
jednych faworyzuje, a innych spycha w ciemny kąt? Nie wiem. Wiem
tylko tyle, że w tym ciemnym kącie do dziś siedzi mnóstwo
wspaniałych, ale niedocenionych twórców. Moim obywatelskim
obowiązkiem jest pokazać Wam ich sylwetki, zanim nawet bóg google
o nich zapomni. Przed Wami jeden z najbardziej znaczących
homoseksualistów w historii sztuki XX wieku – David Hockney.
Urodził się 9 lipca 1937 w Bradford –
jak uprzejmie podpowiada wikipedia – i pomimo wielkich sukcesów
oraz otrzymania od królowej Elżbiety II Order of Merit, mało kto
go zna. Malarz, rysownik, grafik, fotograf, okazjonalnie aktor i
inspiracja dla kreatorów mody. W swoich obrazach łączy elementy
typowe dla pop-artu i figuratywizmu. Jego pierwsza indywidualna
wystawa odbyła się w 1963 roku, i zakończyła sprzedaniem
wszystkich prac – dobry wynik, prawda?
Hockney był jednym z pierwszych
artystów otwarcie mówiących o swoim homoseksualizmie. W wielu
swoich dziełach oddawał hołd miłości między mężczyznami –
np. w „Two boys together clinging”, czy dużo bardziej
kontrowersyjnym „Domestic Scene” - na którym widzimy dwóch
nagich mężczyzn pod prysznicem.
Bohaterem wielu obrazów Hockneya był
jego poznany w 1966 partner, wówczas 20-letni fotograf Peter
Schlesinger. Ich kilkuletni związek zaowocował wieloma portretami,
fotografiami i szkicami, mniej lub bardziej szokującymi wciąż
nietolerancyjne społeczeństwo.
Hockney ciężko przeżył rozstanie ze
Schlesingerem – swoją pierwszą poważną miłością, co
wspaniale ukazuje film Jacka Hazana „A bigger splash” z 1974
roku, w całości poświęcony artyście i jego otoczeniu. Tytuł
zaczerpnięty został – a jakże – z jednego z obrazów Hockneya.
Jest to kwintesencja stylu tego twórcy
– żywe kolory i prostota, dające bardzo ciekawy efekt.
Przedstawia bezchmurny, gorący dzień, i tytułowy wielki plusk –
Hockney w jednym z wywiadów przyznał, że spędził mnóstwo czasu
przyglądając się ruchom wody, i próbując przenieść je na
płótno. Gdybyście chcieli zobaczyć oryginał – Tate Gallery w
Londynie chętnie Was wpuści.
Państwo Clark i Percy – ukończony w
1971 obraz przedstawia parę, na której ślubie Hockney był
świadkiem. Raymond „Ossie” Clark i Celia Birtwell byli znanymi
projektantami mody, pracowali m. in. dla Rolling Stonesów, Jimiego
Henrixa i Verushki. Celia była dla Hockneya wręcz muzą, i pozowała
do wielu innych jego dzieł – żadne z nich jednak nie zyskało
takiej sławy, jak „Państwo Clark i Percy”. Kot siedzący na
kolanach Ossiego w rzeczywistości nie nazywał się Percy, lecz
Blanche – Hockney „pożyczył” to imię od jednego z wielu
kotów państwa Clark, uznawszy, że lepiej pasuje do tytułu.
Aby zakończyć tekst z przytupem
dodam, że GQ uznał Davida Hockneya za jednego z 50 najlepiej
ubranych Brytyjczyków, kolekcję Burberry wiosna-lato 2005
Christopher Bailey zainspirował jego stylem, a Vivienne Westwood
(prywatnie blisko z Hockneyem zaprzyjaźniona) nazwała jego imieniem
jeden z modeli żakietów.







