wtorek, 25 listopada 2014

"Nie taki święty" część III Spowiedź



Szybko opuściłem mury zamku i ruszyłem w dalszą drogę. Im dalej zamku byłem tym lepiej się czułem. Było już chyba późne popołudnie jednak horyzont nakryty był białą mgłą a niebo pokryły się szarymi chmurami wydającymi się ciężkimi od deszczu. Nawet nie mogłem zlokalizować słońca jednak pomimo tego nareszcie widziałem całkiem wyraźnie to co mnie otaczało. Droga prowadząca do wrót posiadłości Tyfona wyłożona była kamieniami i wyłaniała się z lasu. Jednak nie miałem zamiaru tam wracać. Nie wiedziałem do końca czy jest to ten sam las, w którym straciłem przytomność jednak wolałem nie ryzykować i poszukać innego kierunku. Rozejrzałem się wokół i zobaczyłem polną drogę, która rozpływała się gdzieś za mglistym horyzontem. Zatem rozpocząłem wędrówkę na nowej drodze.
Świat zamilkł. Do moich uszu docierało ciche pogwizdywanie wiatru, który wydawał się zyskiwać na sile. Im dalej szedłem tym mgła stawała się coraz bardziej gęsta. Gdzieś w oddali w białej ścianie zaczęły rysować się jakieś kontury. Poszczególne linie zaczęły rysować się szarościami na mglistym płótnie tworząc prostą konstrukcję. Zbliżając się widziałem coraz więcej. Gdy podszedłem wystarczająco blisko zobaczyłem, że jest to huśtawka. Nie wiem jak się tam znalazła ale oczy mnie nie myliły. Byłem coraz bliżej i coraz więcej mogłem dostrzec. Ktoś siedział na huśtawce, bawił się. Wtem zacząłem słyszeć cichy dziecięcy śmiech. Zaciekawiony przyspieszyłem kroku. Gdy podszedłem wystarczająco blisko zobaczyłem huśtającą się dziewczynkę. Wyglądała na siedem lub osiem lat- nie więcej. Miała złote włosy powiewające na wietrze ozdobione różowymi kokardkami. Ubrana była w piękną sukienkę również koloru różowego. Kołnierzyk wzbogacony drobną, białą koronką. Na nogach białe rajstopki i czarne błyszczące się buciki z malutkimi obcasikami. Twarz jej śmiała się radośnie, białe ząbki wyłaniały się w uśmiechu a na policzkach świeciły się rumieńce. Miała niezwykłe oczy. Błękitne, szlachetne niczym dwa diamenty. Jednak skrywały w sobie zagadkę, tajemnicę cenniejszą nawet od diamentów. Stałem i patrzyłem się na nią jak na obrazek. Dziewczynka oczywiście już dawno mnie zobaczyła jednak huśtała się dalej, śmiejąc się do mnie. Kiedy widziałem jej radość we mnie też się coś obudziło i warga drgnęła mi lekko chcąc złożyć się w uśmiech. Czujny wzrok dziewczynki szybko zlokalizował ten gest na mojej twarzy.
  • No dalej!- powiedziała- co Pan taki ponury?
Ja tylko otworzyłem lekko usta bardziej w geście zdziwienia niżeli uśmiechu a moje oczy zapaliły się jak zapałki. Pierwszy raz słyszałem taki cudowny głosik. Nie wiem jak brzmią anioły ale na pewno mają tak samo cudowny głos.
Dziewczynka przestała się huśtać jednak nadal siedziała odpychając się lekko nóżkami od ziemi, do której ledwo dosięgała. Wszystko wokół było białe. Czułem się jak na niedokończonym obrazku, na którym ktoś narysował tylko nas ale nigdy nie dokończył tła. Cisza wypełniała przestrzeń. Z ust dziecka wyłaniała się para, było już coraz zimniej a biedna dziewczynka siedziała w samej sukience. Zerwałem z siebie część wierzchnią szat i nakryłem ją. Ona natomiast wtuliła się w ciepły materiał i spojrzała się na mnie ze szczerym uśmiechem na twarzy.
  • Dziękuję Panu bardzo- powiedziała. Ja jednak odpowiedziałem jej delikatnym uśmiechem i nadal wpatrywałem się w nią jak w najpiękniejszy obrazek.- Nazywam się Ester. - Wyciągnęła do mnie rękę.
  • Ja nazywam się...- zastanowiłem się chwilę- Dorian- i uścisnąłem delikatną dłoń dziewczynki.
  • Bardzo miło mi Cie poznać. Było mi tu trochę nudno. Jestem tu całkiem sama. Miło poznać kogoś nowego- ja rozejrzałem się wkoło i zapytałem:
  • Nie boisz się będąc tu całkiem sama? To niebezpieczne.
  • Niebezpieczne? Przecież- jak sam mówisz- jestem tu całkiem sama. Nie ma tu wilków ani krokodyli.
  • Owszem, krokodyli tu nie ma.
  • Ludzi również tu nie ma. No oprócz Ciebie i mnie. Ale jesteś pierwszym chłopcem, którego tu spotkałam.
  • I nie boisz się mnie?
Dziewczynka spuściła lekko głowę i uśmiechnęła się.
  • Oczywiście, że nie.
Miło było to usłyszeć. Nie chciałem wystraszyć tej istotki. Wydawała się taka bezbronna i niewinna. Kiedy ją poznałem poczułem obowiązek opiekowania się nią. To uczucie wyłoniło się w mojej pustej duszy tak samo jak ta huśtawka na środku niczego.
  • Dorianie?
  • Tak?
  • Skąd pochodzisz?- zapytała.
Ja zamilkłem i zacząłem zastanawiać się nad odpowiedzią. Krótkie pytanie jednak nie należało do najłatwiejszych. Przynajmniej dla mnie. Przeszłość, od której uciekałem nadal mnie doganiała. To co zostawiłem za sobą okazywało się częścią mnie, która nie zniknie. Wolałem przemilczeć i udawać, że nie ma miejsca, od którego zacząłem moją wędrówkę. Jednak to nie miało sensu. Myśli w ułamkach sekund przemykały mi przez głowę. Miałem miliony pomysłów i miliony zaprzeczeń. W tych krótkich ułamkach sekund zrozumiałem pewną kwestię. Odpowiedź na pytanie ma w sobie dodatkową trudność, która leży gdzieś głęboko we mnie. Nigdy bowiem nikomu nie zaufałem. A temat ten, który jest tak delikatny wymaga dodatkowo zaufania. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę zrozumiałem, że w tym momencie jestem gotów zaufać po raz pierwszy. Aniołom można zaufać.
  • Droga Ester- powiedziałem wreszcie- zanim opowiem Ci o miejscu, z którego pochodzę chcę Ci coś dać.
Wyciągnąłem spod koszuli rzemyk, na którym zawieszony był mały zardzewiały kluczyk. Zerwałem go i w geście zaufania oddałem dziewczynce mówiąc:
  • Nie zgub go nigdy przenigdy. To jest bowiem część mnie, którą Ci oddaję.
  • Dobrze Dorianie- odpowiedziała z pełną powagą i zrozumieniem.
  • Droga Ester, opowiem Ci o mojej miłości, dla której sprzedałem swoją duszę. Była to dziewczyna o pięknych oczach, równie pięknych jak Twoje. Miały w sobie blask, który hipnotyzował mnie w ułamek sekundy. Moje serce biło jak młot za każdym razem kiedy ją zobaczyłem. Ona była dla mnie światłem a ja byłem jedynie cieniem. Starałem się jak mogłem by wyłonić się z ciemności i zabłysnąć by w końcu zostać zauważonym przez osobę, którą kochałem tak bardzo. Moje serce łamane było tysiąc razy. Cierpiałem z każdym dniem coraz bardziej. Pewnego dnia wymyśliłem sposób by uwolnić się spod cierpienia i spełnić moje pragnienia. Stwierdziłem, że oczy tak piękne jak jej pokochają jedynie tak samo piękne oczy. A ja byłem chłopcem o szkaradnej urodzie. Prosząc Boga o pomoc nigdy jej nie dostawałem. Zatem zapragnąłem poprosić samego szatana o spełnienie mojej prośby. On pojawił się w moim życiu i spełnił moje życzenie. Chciałem dostać urodę równą urodzie mojej ukochanej. Jednak podpisując się pod tym sprzedałem swoją duszę. Owszem dostałem to co chciałem jednak w zamian pozbyłem się mojego imienia. Droga Ester, nazywam się syn szatana. Co ja narobiłem... Kiedy już stałem się taki jaki zawsze chciałem moja ukochana zakochała się we mnie. Byłem szczęśliwy przez siedem dni. W ostatni dzień odwiedził mnie szatan i powiedział, że zgodnie z umową musi odebrać mi moje zmysły, które zabierze ze sobą a ja mam zostać na ziemi całkowicie pusty wewnątrz. I nie mógłbym już usłyszeć cudownego głosu mojej ukochanej, ani dotknąć jej delikatnej skóry oraz nigdy bym nie zobaczył jedynej osoby, którą kochałem. Przerażony nie zgodziłem się i uciekłem. Starałem się zrozumieć w jaki sposób zgodziłem się na pakt z diabłem. Postanowiłem ponownie poprosić Boga o pomoc jednak ten nie zgodził się mi pomóc. Oh Droga Ester, zostałem sam. Bóg nie pomaga egoistom. Szatan postanowił jednak wyrównać dług i zamiast moich zmysłów odebrał mi moją ukochaną. Jej serce zamarzło na zawsze a oczy umarły zapatrzone gdzieś przed siebie wypełnione bólem. Zatem uciekłem z miasta i nigdy tam nie wróciłem. Szatan nadal próbuje mnie zdobyć używając teraz pustych obietnic jednak ja wolę uciekać i już zawszę będę uciekał bo taka jest cena jaką płacę. Kocha się raz a ja już kochałem.
Nastała cisza. Zamilkłem ponownie i z mojego oka wypłynęła łza. Pierwsza w moim życiu.
  • Płacz Dorianie, ponieważ płakać można tylko przy przyjaciołach a od dziś to ja jestem Twoją przyjaciółką. Dałeś mi to co skrywa się najdłużej- zaufanie. I ja go nigdy nie oddam. Ten klucz to klucz do Twojej przeszłości i ja go zachowam tylko dla siebie. Nikt się nie dowie.
Oczy dziewczynki zabłysnęły błękitem. Tajemniczy blask dał mi do zrozumienia, że zaufanie jakie oddałem do mnie wróci. Jednak tajemnica skrywana przez te oczy jeszcze nie została mi pokazana. W geście zaufania zrozumiałem to i uszanowałem.
  • Pozwól mi iść razem z Tobą.
  • Naprawdę chcesz ze mną iść?
  • Oczywiście, przyjaciół się nie zostawia.




niedziela, 9 listopada 2014

"Nie taki święty" część II Klątwa



Paraliż objął całe moje ciało. Nie miałem panowania nad żadną kończyną. Nawet zmysły zniknęły gdzieś na chwilę. Moje ciało wydawało się martwe ale nadal miałem świadomość tego co się dzieje. Nie wiedziałem z początku gdzie jestem. Panowała nicość a ja nie mogłem zobaczyć nawet wszechobecnego mroku. Wszystko zniknęło i pozostała pustka. Nagle w tej niekończącej się pustce zaczęło się coś poruszać. Jakby najmniejsze atomy zaczęły wibrować. Powoli odzyskiwałem siebie. Poczułem mrowienie na skórze. Receptory na moim ciele zaczęły analizować otoczenie. Pierwsze co poczułem to ciepło. To od razu wydało mi się dziwne. Byłem przyzwyczajony do mrozu i deszczu. A tu gdzie się obecnie znajdowałem było bardzo ciepło i przytulnie. Kolejna informacja jaka do mnie doszła to fakt, iż leżę. Nadal znajdowałem się w pozycji leżącej jednak było mi o wiele bardziej wygodnie niż na starych, połamanych gałązkach ściółki leśnej. Pod plecami poczułem aksamit i wygodny materac. Następnie zacząłem słyszeć. Panowała miła cisza. Do moich uszu zaczęły dobiegać subtelne dźwięki, wtedy też zlokalizowałem kominek. Tam palił się ogień, który mnie ogrzewał. Z całych sił starałem się otworzyć oczy. Chciałem wiedzieć gdzie się znajduję. Po chwili starania nareszcie rozchyliłem powieki. Obraz powoli stawał się coraz jaśniejszy i ostrzejszy. Wtem zobaczyłem sufit obity deskami oraz żyrandol. Już nie miałem wątpliwości, że jestem w jakimś pokoju.
Siła zaczęła powracać do wszystkich moich kończyn, poczynając od nóg, kończąc na głowie. Mogłem wykonywać już delikatne ruchy palcami. Wtedy też poczułem, że jestem nagi. Ocknąłem się już całkowicie. Odżyłem. Siadłem na łóżku i rozejrzałem się wokół. Znajdowałem się w przytulnym pokoju. Było to ogromne pomieszczenie rozmiarami przypominające bardziej komnatę. Na przeciwko mnie znajdował się kominek. Umeblowanie było niezwykle kunsztowne i wyrafinowane. Drewniane rzeźbienia na każdej komodzie oraz szafce, rubinowa zasłony zakrywające okna oraz kwiaty pielęgnowane specjalistyczną ręką kwitnące i zdrowe. Na jednym z krzeseł zauważyłem starannie złożone ubrania, które wydawały się być mi przeznaczone. Podszedłem do nich i od razu się w nie ubrałem. Były piękne, zdobione pozłacanymi guzikami i biżuterią, wygodne i idealnie do mnie pasowały. Jakby ktoś szył je specjalnie dla mnie. Kiedy już się ubrałem postanowiłem wyjść z komnaty. Wyszedłem na korytarz. Był długi i ciemny. Szedłem nim chwilę aż nareszcie zobaczyłem schody prowadzące do jakiegoś gabinetu. Postawiłem pierwszy krok na schodku i już usłyszałem głos dobiegający z dołu.
  • Zapraszam.
Zaciekawiony zszedłem na dół. Nie bałem się już niczego. Wiedziałem, że na dole nie znajduje się nic groźnego. Wszedłem do pomieszczenia. Na krześle przy stole kawowym siedział mężczyzna ubrany w czarne szaty. Odwrócony był do mnie plecami. Nie widziałem jego twarzy a on nie chciał się do mnie odwrócić. Po drugiej stronie stolika stało kolejne krzesło idealnie naprzeciwko tajemniczej postaci.
  • Zapraszam.- Powtórzył spokojnym głosem wskazując na krzesło. Przeszedłem wolnym krokiem obok miejsca mężczyzny i usiadłem naprzeciwko niego. Spojrzałem się na jego twarz. Na czoło opadała pokręcona grzywka, podbródek zdobił gęsty acz krótki zarost a jego całkowicie czarne oczy zapatrzone były gdzieś przed siebie. Nie zwracał na mnie uwagi.
  • Dlaczego się boisz?- Zapytał.
Spojrzałem na mężczyznę nie odpowiadając na pytanie. Kącik ust podniósł się mu w charakterze lekkiego uśmiechu. Nadal zapatrzony był gdzieś przed siebie.
  • Nazywam się Tyfon.- Nagle jego oczy rzuciły się w moją stronę wpatrując się w moje. Poczułem ogromny niepokój. Zrozumiałem nagle, że siedzę naprzeciw istoty nieczystej. Nie byłem w stanie odpowiedzieć. Siedziałem w milczeniu przez krótką chwilę. Tyfon spojrzał na dzbanek stojący na środku, sięgną po niego i rozlał do filiżanek odrobinę kawy.
  • Proszę, częstuj się.- Powiedział grzecznie. Sięgnąłem po filiżankę, napiłem się idealnie zaparzonej kawy i powiedziałem:
  • Ja nazywam się...-
Wiem jakie nosisz imię- przerwał z powagą. - Od dziś jesteś Dorian.- Dopowiedział. Kiedy to usłyszałem nawet nie próbowałem się sprzeciwiać. Była to dla mnie wówczas najbardziej oczywista oczywistość. Po prostu nazywałem się Dorian. Teraz już nawet nie pamiętam jakie imię nosiłem przedtem. Siedziałem patrząc się na Tyfona i popijając kawę. Mężczyzna robił to samo jednak jego wzrok był rozbiegany i analizował wszystko oprócz mnie. Wydawał się jednak bardzo naturalny i spokojny. Postać trzymała filiżankę bardzo dostojnie i specyficznie. Najmniejszy palec zakończony lekkim pazurem podniesiony był jak najwyżej się da a tuż pod podbródkiem trzymał talerzyk.
  • Znam całą Twoją drogę jaką przebyłeś- wnet moje serce mocno zabiło.- wiem co widziałeś i wiem co zostawiłeś za sobą. Wiem co poświęciłeś, wiem co przeżyłeś. Wiem kogo kochałeś i wiem czego się boisz. Nie musisz nic mówić. Wiem dlaczego idziesz i wiem od czego uciekasz. Wiem dokąd zmierzasz i co chcesz zobaczyć. Znam Twoje pragnienia i znam każdą Twoją myśl.
Moje serce nadal mocno biło a oczy zabłysnęły. Bałem się pytać i bałem się usłyszeć odpowiedzi na wszystko co usłyszałem.
  • Nie bój się, nic Ci nie powiem. Bo jestem Twoim przyjacielem.- Spojrzał na mnie.- Nie płacz mój przyjacielu. Możesz zapomnieć o tym co zrobiłeś.
  • Ale ja się boję
  • Dlaczego?
  • ...Zgrzeszyłem
  • Możesz ze mną zostać i zapomnieć o tym wszystkim co zostawiłeś za sobą. Wiem, że nie chcesz do tego wracać, prawda? Tak wiem, że się ze mną zgadzasz. Zatem mam dla Ciebie propozycję. Jeśli zostaniesz w moim pałacu na jedną noc, zostaniesz tu już na zawsze. Będziesz mógł robić co zechcesz, cały mój majątek będzie Twój i będziesz szczęśliwy już zawsze. Dostaniesz to wszystko za najmniejszą cenę. Po prostu zostań ze mną i bądź przy mnie. Wystarczy jedna noc by to dostać. Możesz jednak również odejść...
  • I co wtedy?
  • I wtedy... wrócisz na tą samą ścieżkę, będziesz błądził i nigdy nie znajdziesz domu. A tutaj możesz czuć się jak u siebie. Zapewnię Ci wszystko co będzie Ci potrzebne. Wiem jak kochasz malować. Dam Ci zatem farby i pędzle. Wiem jak kochasz pisać zatem dam Ci papier i pióro. Wiem jak kochasz śpiewać dam Ci zatem sławę i natchnienie. Ale zostań ze mną.
  • Nie jestem niczego pewny. To co mówisz miły Panie wydaje się kuszące ale równie mylne jak cała droga jaką przeszedłem. Skoro mogłem iść tak długo i daleko to może powinienem iść dalej. Doskonale wiem co zostawiłem za sobą jednak wypieram to w nieskończoność. Grzech wobec siebie jest najgorszym jaki człowiek może popełnić.- Mężczyzna wyraźnie wówczas się zdenerwował jednak starał się to ukryć
  • Drogi chłopcze. Od dziś nie jesteś już sobą. Dałem Ci nowe imię i nową energię. Nie możesz już zawrócić więc nie ma sensu iść dalej. Nie marnuj daru jaki Ci dałem, możliwość zaczęcia od nowa nie jest rozdawana. W kocu dojdziesz do końca świata i tam nie znajdziesz nikogo. A ja zamknę swoje wrota i drogi do mnie nie odnajdziesz.
  • Zostając z Tobą będę szczęśliwy ale nie wolny. Zatem co to za szczęście skoro będę zamknięty w tym pięknym pałacu. Co mi po złocie skoro nic z nim nie zrobię. Co mi po wierszach jakie napiszę skoro schowam je do szuflady. Co mi po piosenkach jakie zaśpiewam skoro będę śpiewał je ścianom. Co mi po obrazach, które będę tu wieszał aż zabraknie miejsca. To nie jest to czego szukam
  • Ale Ty nie wiesz czego szukasz!- Krzyknął. Wystraszyłem się. Tyfon wstał i nerwowo przeszedł od kąta do kąta z założonymi rękami za plecami. Poczułem nagle bezradność mężczyzny. Wiedziałem, że może zatrzymać mnie tylko swoim bogactwem i pustymi obietnicami. Wizja opisywanego przez Tyfona życia wydawała się kusząca jednak dopóki nie sprzedałem mu mojego ciała chciałem iść dalej. Zatem wstałem z krzesła, stanąłem na pierwszym schodku i powiedziałem:
  • Było mi bardzo miło. Odebrałeś mi moje imię ale nie odbierzesz mojej duszy. Nie mogę tu zostać. Dziękuję za kawę ale na mnie już pora.- Po tych słowach wybiegłem z pokoju.
„Moje miejsce nie jest u boku diabła. Łatwo jest zapomnieć i przestać iść w imię bogactw i wygody. Ale to byłoby puste szczęście. Odebrano mi moje imię ale nie duszę, którą mogę oczyścić.” Powtarzałem sam do siebie. Po kilku krokach w mojej głowie usłyszałem głos Tyfona.

  • Jam jest diabeł, który naznaczył Cie imieniem mojego syna i zawsze już nim będziesz. Dorianie za ucieczkę nakładam na Ciebie przekleństwo. Nie pozwalam Ci zapomnieć o miejscach, w których byłeś, nie pozwalam zapomnieć dróg przez jakie przeszedłeś, nie pozwalam zapomnieć ludzi, których kochałeś. Nie uciekniesz przed tym co zostawiłeś i już zawsze będziesz biegł. Zatem uciekaj Dorianie, to Twoja kara. Już zawsze będziesz biegł.

sobota, 8 listopada 2014

"Nie taki święty" część I Pogrzeb


Zbliżała się już 4.30. Słońce jeszcze nie wzeszło. Nadal padał deszcz a ja szedłem przez polną drogę. Nawet nie wiedziałem gdzie jestem. Panował półmrok, przez szare chmury prześwitywało ciemnozielone niebo, wszystko wyglądało jakby oświetlone surowym światłem jak w kostnicy. To co potrafiłem dostrzec to ogromne pole na lewo, jakieś krzaki na prawo i las otaczający dalszą część tej drogi, do której powoli się zbliżałem. Co chwilę gdzieś grzmiało, jednak już daleko stąd. Mój płaszcz był przemoknięty a zimno zdawało się być mi obojętne. Po prostu szedłem przed siebie, nie wiem już po co i gdzie ale na pewno nie chciałem wracać.
Byłem coraz bardziej ciekawski. Z każdym krokiem otaczały mnie coraz gęściej drzewa. Deszcz nie był tu już tak silny. W tym ciemnym lesie burza się nie przedostawała. Pod moimi stopami łamały się stare, spróchniałe gałązki. Wszystko spało. Jedyne szelesty powodował tutaj wiatr.
Nie pamiętam dlaczego szedłem. To co zostawiłem za sobą wydaje się być nieistotne. Wiele miejsc już widziałem, do wielu drzwi już zapukałem, przez różne drogi musiałem iść jednak skoro nigdzie nie znalazłem miejsca, w którym mógłbym się zatrzymać to po co o tym pamiętać. Zostałbym tylko wtedy gdybym mógł. Gdyby ktoś przyjął mnie i gościł. Jednak nie widziałem jeszcze miejsca, w którym mógłbym odpocząć. Zwątpiłem w to, że odnajdę coś co sprawi, że się uśmiechnę. Dlatego wolę iść i nie pamiętać niczego co widziałem.
Czasem odwracam się za siebie by zobaczyć co zostawiłem. Może po prostu chcę już odpocząć. Jednak to co widzę wygląda zawsze tak samo. Pusto, zimno i ciemno. Mam wrażenie, że uciekam, boję się patrzeć za siebie, ten widok wzbudza we mnie strach. Zatem idę tak długo na ile pozwolą mi siły by tylko na wieki nie zanurzyć się w tej nicości.
Nadal szedłem przez las, który wydawał się nie mieć końca. Nie wiem ile już trwała wędrówka ponieważ wszystko wyglądało tak samo, w dodatku wcale się nie przejaśniało. Możliwe, że szedłem już dwie godziny albo dopiero kilkanaście minut. Straciłem już zupełnie poczucie czasu jakby przestał się on dla mnie liczyć. Jedyne co słyszałem to szum i mój oddech. Jednak teraz czułem dziwny niepokój. Czułem jakby czyjeś oczy skierowane były na mój kark, analizując każdy krok jaki zrobiłem. Jednak nie byłem wstałem odwrócić się za siebie. Tym razem bałem się to zrobić bardziej niż zwykle. Mając nadzieję, że to co czuję to tylko złudne wrażenie szedłem dalej. Postanowiłem przyspieszyć kroku. Idąc szybkim marszem mijałem kolejne drzewa, które z każdym pokonanym metrem wydawały się być coraz starsze i większe. Nagle do moich uszu dotarł szum typowy dla rzeki. Zmysł słuchu mnie nie oszukał. Widziałem już ją wyłaniającą się zza drzew. Zauważyłem również most. Stary, drewniany, łączący dwa brzegi. Wszedłem na niego spoglądając na wodę. Nagle poczułem straszny odór. Rzeka była brudna i śmierdząca. Nie zwalniając kroku szedłem przed siebie. Deski konstrukcji wydawały przerażający zgrzyt. W dodatku nadal czułem ten przeszywający wzrok na sobie. Coraz bardziej się bałem. Kiedy udało mi się nareszcie zejść z konstrukcji ku mojemu zdziwieniu... zgrzyt wcale nie ustał. Słyszałem jak ktoś za mną stawia krok za krokiem jakby skradał się ukradkiem. Nie wytrzymałem, obróciłem się szybko za siebie analizując cały most. Nikogo tam nie było. Nagle zgrzyt ustał i zapadła głucha cisza. Słyszałem jedynie szum rzeki. Serce biło mi jak szalone, poczułem jak zimny pot spływa mi po plecach. Przełknąłem ślinę. Powoli odwróciłem się ponownie myśląc, że mam omamy słuchowe. Równie powoli zacząłem stawiać kolejne kroki. Szedłem spokojnie przed siebie mając nadzieję, że to wszystko mi się tylko zdawało. Nagle znowu poczułem na sobie ten wzrok jednak tym razem dwa razy silniej, to było porównywalne do dotknięcia. Nie miałem wątpliwości, ktoś mnie obserwuje. Adrenalina znowu skoczyła mi do serca. Jednak nieustannie szedłem dalej. W tym samym momencie usłyszałem ten przerażający zgrzyt stawianych kroków na moście. Z każdym kolejnym ruchem odgłos stawał się coraz donośniejszy jakby ktoś zaczynał się rozpędzać i biec w moją stronę. Instynktownie zacząłem uciekać! Mijałem niskie gałęzie i przeskakiwałem prze głazy i wystające korzenie. Drzewa wyrastały przede mną sekunda po sekundzie jakby znikąd. Zauważałem je w ostatnich chwilach. Słyszałem jak coś z tyłu powtarza każdy mój krok będąc coraz bliżej i bliżej. Nie odwracałem się za siebie, jedyne co miałem na myśli to wydostać się z tego lasu. Męczyłem się coraz bardziej, serce biło coraz mocniej. Coś było już tak blisko, że słyszałem ten straszny, ciężki oddech. Jednak nie poddawałem się. Biegłem jak najszybciej tylko potrafiłem. Odgłosy za mną stawały się coraz donośniejsze. „To już koniec” pomyślałem. Nagle blask, trzask, wybuch!



Leżę ogarnięty strachem.

czwartek, 6 listopada 2014

Bajka



W pewnym miasteczku żył sobie chłopiec. Był to młodzieniec o nadzwyczajnej urodzie. Miał piękne złociste włosy, porcelanową cerę oraz delikatne, wręcz dziewczęce rysy twarzy. Pomimo swych licznych zalet wiadome jest każdemu, że nie istnieje arcydzieło bez skazy. W tym przypadku były to jego oczy. Wiecznie podkrążone, brzydkie, przypominające dwa różne guziki przyszyte do główki szmacianej lalki.
Młodzieniec nosił w sobie dużo smutku. Darzył pewną dziewczynę ogromnym uczuciem. Każdego poranka podglądał ją na miejskim rynku, jak sprzedaje kwiaty zebrane daleko za granicami miasta. Była to niewiasta o miodowych, długich włosach, delikatnie opadających na anielską twarz. Miała przepiękny, radosny uśmiech, a jej policzki ozdabiały piegi. Najbardziej jednak uwagę przyciągają magiczne oczy: ciemne, duże w blasku słońca połyskujące niczym szmaragdy. Emanowały miłością i serdecznością. Za każdym razem, kiedy patrzył w jej oczy, uśmiech sam pojawiał się na jego twarzy. Pomimo tego, że rodzice obojga nastolatków są dobrymi przyjaciółmi, chłopak zawsze bał odezwać się do rówieśniczki.
  • Te piękne oczy nigdy nie pokochają takich szkaradnych jak moje.
Chłopiec zawsze chciał mieć inne oczy. Uważał, że te okrutnie go oszpecają. Pewnego razu postanowił zatem wybrać się do starca, mieszkającego daleko za miastem, który słynął z praktykowania magii. Pomyślał, że on jest jedyną osobą, która pomoże mu z jego problemem. Jak pomyślał tak też zrobił. Pewnego ranka zrezygnował z obserwowania szmaragdowo-okiej i od razu wybrał się do chaty staruszka.
Domek z zewnątrz przypominał rozpadającą się ruderę, zresztą w środku wcale nie było przytulniej. Gliniana, nierówna podłoga, kilka rozpadających się szafek, na których gdzieś między drewnianymi łyżkami, kuferkami i innymi rupieciami leżały stare, zakurzone porcelanowe lalki. Nad głową rozciągał się dziurawy dach, natomiast gdzieś w schowanym kącie stała stara prycza, pełniąca rolę łóżka. Starzec żył aż nadto skromnie.
Gdy chłopiec został zaproszony do środka, ujrzał mężczyznę stojącego przy brudnym oknie.
  • Drogi Starcze- powiedział zdecydowanie chłopiec.- Przychodzę do Ciebie w potrzebie. Spójrz na mnie, zobacz jaką szkaradą jestem. Pomóż mi Drogi Starcze i spełnij moje marzenie, daj mi nowe, wspaniałe oczy! Wiem, że potrafisz.
    Starzec spojrzał na chłopaka badawczym wzrokiem, uśmiechnął się lekko i powiedział:
  • Nie rozumiem, dlaczego prosisz mnie o pomoc. Masz wszystko, jesteś zdrowym młodzieńcem, wszystko na swoim miejscu! Dwoje uszu, nos, czerwone usta... para oczu...
  • Ale ja chcę nowe!- przerwał.- Moich oczu nikt już nie pokocha tak jak one kochają inne oczy.- dodał spokojnie po czym energicznie rzucił: - Zapłacę Ci!
    Starzec zaśmiał się
  • Nie musisz mi płacić.- zamilkł na chwilę po czym na jego twarzy pojawiło się wyraźne zastanowienie.- Twoje oczy są piękne bo potrafią kochać. To niesamowity dar. Niepotrzebne Ci są nowe, skoro te działają doskonale.
Chłopiec sprawiał wrażenie, jakby nie słuchał. Nadal upierał się przy tym, że potrzebuje nowych, ładniejszych oczu. Starzec poirytowany uporem chłopca nareszcie powiedział:
  • Dobrze już! Dam Ci nowe oczy. Chociaż powinienem dać Ci nowe uszy, bo jesteś głuchy na wszystkich i na wszystko. Potrafisz usłyszeć tylko siebie.
    Chłopiec ucieszył się niezmiernie.
  • Idź do domu- dodał.- Gdy skończy się dzisiejsza noc i ponownie wzejdzie słońce, przyniesie Ci ono wymarzoną, nową parę oczu.
Chłopiec w podskokach wybiegł z chaty starca, nawet nie dziękując za spełnienie prośby. Młodzieniec wracał do siebie tą samą ścieżką. Szybko wrócił do swojego domu i z niecierpliwością czekał aż nadejdzie zmrok...

[…]

Nastał ranek, promienie słoneczne przedostały się do pokoju przez rubinowe zasłony nadając pomieszczeniu czerwony kolor. Światło zyskiwało na sile z każdą minutą, aż blask wędrujący po porcelanowej twarzy chłopca nareszcie go obudził. Ten otworzył szeroko oczy i leżąc chwilę w łóżku, modlił się o to, by to co wydarzyło się poprzedniego dnia, nie było tylko snem. Przerażony wstał na równe nogi. Podszedł powolnym krokiem do wiszącego na sąsiedniej ścianie lustra. Zbliżył swoją twarz do zwierciadła i nie uwierzył w to co zobaczył.
  • To nie był sen- wyszeptał z niedowierzaniem.
Obietnica starca spełniła się. Chłopiec dostał wymarzone, nowe oczy. Były piękne, duże, błyszczały diamentowym blaskiem. Młodzieniec długo napawał się pięknem swoich oczu, nieustannie wpatrywał się w dar otrzymany od Starca.
W pewnej chwili chłopak poczuł, że coś jest nie tak. Za każdym mrugnięciem obraz stawał się coraz bardziej zamazany i ciemny. Widziane przedmioty traciły swoją ostrość. W panice zaczął pocierać ręką o oczy, mając nadzieję, że to tylko efekt zmęczenia. Jednak był w błędzie. Po krótkiej chwili jedyne co potrafił zobaczyć to pustka... nicość. Wszechobecna ciemność.
  • Co się dzieje!- krzyczał w panice. Ale był teraz całkiem sam. Leżał długo na podłodze swojego pokoju zamrożony w strachu.
  • Zatem dostałeś to czego chciałeś- odezwał się niski, basowy głos starca. Nie wiedział on jednak czy postać znajduje się gdzieś w pomieszczeniu czy też tylko w jego głowie.
  • Co mi zrobiłeś?- wykrzyczał zachrypniętym głosem zmęczonym od płaczu.
  • Spełniłem Twoje życzenie- odpowiedział spokojnie.
  • To nie jest to czego chciałem! Chcę znowu widzieć. Pomóż mi!
  • Nie mogę. Ten czar jest nieodwracalny. Dostałeś nową parę wspaniałych oczu. Zrezygnowałeś z tych, które kochały inne oczy. Chciałeś być piękny, więc jesteś. Porzuciłeś dar, który jest prawdziwym skarbem. Na tym świecie rządzą drogocenne kamienie, jednak naszymi sercami nie jest w stanie zawładnąć żadna, nawet najdroższa biżuteria. A Ty sprzedałeś to co bezcenne.
  • Już nigdy nie zobaczę tej pięknej twarzy, tych miodowych włosów, tego szczerego uśmiechu... i tych pięknych szmaragdowych oczu?
  • Teraz zobaczysz już tylko swoją pustkę. Nie potrafiłeś pokochać samego siebie, zatem nie możesz kochać już nikogo innego.
    Chłopiec nie był w stanie wypowiedzieć ani słowa więcej. Żal i gorycz zacisnęły się wokół jego gardła, uniemożliwiając wydobycie jakiegokolwiek zdania.
  • W tej chwili jesteś warty tyle, co porcelanowa lalka.

Młodzieniec został sam. Pogrążony w nicości, pusty w środku. Miał już tylko swoje idealne, sztuczne oczy, które nie były w stanie zobaczyć nic więcej, niż tylko bezkresną nicość. Z każdą wylaną łzą stawał się coraz bardziej zimny, aż całkowicie i na zawsze zmienił się w pustą nic nie wartościową porcelanową lalkę z wymarzonymi błyszczącymi oczami pragnącymi zobaczyć prawdziwy skarb, jeszcze jeden jedyny raz...