sobota, 8 listopada 2014

"Nie taki święty" część I Pogrzeb


Zbliżała się już 4.30. Słońce jeszcze nie wzeszło. Nadal padał deszcz a ja szedłem przez polną drogę. Nawet nie wiedziałem gdzie jestem. Panował półmrok, przez szare chmury prześwitywało ciemnozielone niebo, wszystko wyglądało jakby oświetlone surowym światłem jak w kostnicy. To co potrafiłem dostrzec to ogromne pole na lewo, jakieś krzaki na prawo i las otaczający dalszą część tej drogi, do której powoli się zbliżałem. Co chwilę gdzieś grzmiało, jednak już daleko stąd. Mój płaszcz był przemoknięty a zimno zdawało się być mi obojętne. Po prostu szedłem przed siebie, nie wiem już po co i gdzie ale na pewno nie chciałem wracać.
Byłem coraz bardziej ciekawski. Z każdym krokiem otaczały mnie coraz gęściej drzewa. Deszcz nie był tu już tak silny. W tym ciemnym lesie burza się nie przedostawała. Pod moimi stopami łamały się stare, spróchniałe gałązki. Wszystko spało. Jedyne szelesty powodował tutaj wiatr.
Nie pamiętam dlaczego szedłem. To co zostawiłem za sobą wydaje się być nieistotne. Wiele miejsc już widziałem, do wielu drzwi już zapukałem, przez różne drogi musiałem iść jednak skoro nigdzie nie znalazłem miejsca, w którym mógłbym się zatrzymać to po co o tym pamiętać. Zostałbym tylko wtedy gdybym mógł. Gdyby ktoś przyjął mnie i gościł. Jednak nie widziałem jeszcze miejsca, w którym mógłbym odpocząć. Zwątpiłem w to, że odnajdę coś co sprawi, że się uśmiechnę. Dlatego wolę iść i nie pamiętać niczego co widziałem.
Czasem odwracam się za siebie by zobaczyć co zostawiłem. Może po prostu chcę już odpocząć. Jednak to co widzę wygląda zawsze tak samo. Pusto, zimno i ciemno. Mam wrażenie, że uciekam, boję się patrzeć za siebie, ten widok wzbudza we mnie strach. Zatem idę tak długo na ile pozwolą mi siły by tylko na wieki nie zanurzyć się w tej nicości.
Nadal szedłem przez las, który wydawał się nie mieć końca. Nie wiem ile już trwała wędrówka ponieważ wszystko wyglądało tak samo, w dodatku wcale się nie przejaśniało. Możliwe, że szedłem już dwie godziny albo dopiero kilkanaście minut. Straciłem już zupełnie poczucie czasu jakby przestał się on dla mnie liczyć. Jedyne co słyszałem to szum i mój oddech. Jednak teraz czułem dziwny niepokój. Czułem jakby czyjeś oczy skierowane były na mój kark, analizując każdy krok jaki zrobiłem. Jednak nie byłem wstałem odwrócić się za siebie. Tym razem bałem się to zrobić bardziej niż zwykle. Mając nadzieję, że to co czuję to tylko złudne wrażenie szedłem dalej. Postanowiłem przyspieszyć kroku. Idąc szybkim marszem mijałem kolejne drzewa, które z każdym pokonanym metrem wydawały się być coraz starsze i większe. Nagle do moich uszu dotarł szum typowy dla rzeki. Zmysł słuchu mnie nie oszukał. Widziałem już ją wyłaniającą się zza drzew. Zauważyłem również most. Stary, drewniany, łączący dwa brzegi. Wszedłem na niego spoglądając na wodę. Nagle poczułem straszny odór. Rzeka była brudna i śmierdząca. Nie zwalniając kroku szedłem przed siebie. Deski konstrukcji wydawały przerażający zgrzyt. W dodatku nadal czułem ten przeszywający wzrok na sobie. Coraz bardziej się bałem. Kiedy udało mi się nareszcie zejść z konstrukcji ku mojemu zdziwieniu... zgrzyt wcale nie ustał. Słyszałem jak ktoś za mną stawia krok za krokiem jakby skradał się ukradkiem. Nie wytrzymałem, obróciłem się szybko za siebie analizując cały most. Nikogo tam nie było. Nagle zgrzyt ustał i zapadła głucha cisza. Słyszałem jedynie szum rzeki. Serce biło mi jak szalone, poczułem jak zimny pot spływa mi po plecach. Przełknąłem ślinę. Powoli odwróciłem się ponownie myśląc, że mam omamy słuchowe. Równie powoli zacząłem stawiać kolejne kroki. Szedłem spokojnie przed siebie mając nadzieję, że to wszystko mi się tylko zdawało. Nagle znowu poczułem na sobie ten wzrok jednak tym razem dwa razy silniej, to było porównywalne do dotknięcia. Nie miałem wątpliwości, ktoś mnie obserwuje. Adrenalina znowu skoczyła mi do serca. Jednak nieustannie szedłem dalej. W tym samym momencie usłyszałem ten przerażający zgrzyt stawianych kroków na moście. Z każdym kolejnym ruchem odgłos stawał się coraz donośniejszy jakby ktoś zaczynał się rozpędzać i biec w moją stronę. Instynktownie zacząłem uciekać! Mijałem niskie gałęzie i przeskakiwałem prze głazy i wystające korzenie. Drzewa wyrastały przede mną sekunda po sekundzie jakby znikąd. Zauważałem je w ostatnich chwilach. Słyszałem jak coś z tyłu powtarza każdy mój krok będąc coraz bliżej i bliżej. Nie odwracałem się za siebie, jedyne co miałem na myśli to wydostać się z tego lasu. Męczyłem się coraz bardziej, serce biło coraz mocniej. Coś było już tak blisko, że słyszałem ten straszny, ciężki oddech. Jednak nie poddawałem się. Biegłem jak najszybciej tylko potrafiłem. Odgłosy za mną stawały się coraz donośniejsze. „To już koniec” pomyślałem. Nagle blask, trzask, wybuch!



Leżę ogarnięty strachem.

0 komentarze:

Prześlij komentarz