Zbliżała się już 4.30.
Słońce jeszcze nie wzeszło. Nadal padał deszcz a ja szedłem
przez polną drogę. Nawet nie wiedziałem gdzie jestem. Panował
półmrok, przez szare chmury prześwitywało ciemnozielone niebo,
wszystko wyglądało jakby oświetlone surowym światłem jak w
kostnicy. To co potrafiłem dostrzec to ogromne pole na lewo, jakieś
krzaki na prawo i las otaczający dalszą część tej drogi, do
której powoli się zbliżałem. Co chwilę gdzieś grzmiało, jednak
już daleko stąd. Mój płaszcz był przemoknięty a zimno zdawało
się być mi obojętne. Po prostu szedłem przed siebie, nie wiem już
po co i gdzie ale na pewno nie chciałem wracać.
Byłem coraz bardziej
ciekawski. Z każdym krokiem otaczały mnie coraz gęściej drzewa.
Deszcz nie był tu już tak silny. W tym ciemnym lesie burza się nie
przedostawała. Pod moimi stopami łamały się stare, spróchniałe
gałązki. Wszystko spało. Jedyne szelesty powodował tutaj wiatr.
Nie pamiętam dlaczego
szedłem. To co zostawiłem za sobą wydaje się być nieistotne.
Wiele miejsc już widziałem, do wielu drzwi już zapukałem, przez
różne drogi musiałem iść jednak skoro nigdzie nie znalazłem
miejsca, w którym mógłbym się zatrzymać to po co o tym pamiętać.
Zostałbym tylko wtedy gdybym mógł. Gdyby ktoś przyjął mnie i
gościł. Jednak nie widziałem jeszcze miejsca, w którym mógłbym
odpocząć. Zwątpiłem w to, że odnajdę coś co sprawi, że się
uśmiechnę. Dlatego wolę iść i nie pamiętać niczego co
widziałem.
Czasem odwracam się za
siebie by zobaczyć co zostawiłem. Może po prostu chcę już
odpocząć. Jednak to co widzę wygląda zawsze tak samo. Pusto,
zimno i ciemno. Mam wrażenie, że uciekam, boję się patrzeć za
siebie, ten widok wzbudza we mnie strach. Zatem idę tak długo na
ile pozwolą mi siły by tylko na wieki nie zanurzyć się w tej
nicości.
Nadal szedłem przez las,
który wydawał się nie mieć końca. Nie wiem ile już trwała
wędrówka ponieważ wszystko wyglądało tak samo, w dodatku wcale
się nie przejaśniało. Możliwe, że szedłem już dwie godziny
albo dopiero kilkanaście minut. Straciłem już zupełnie poczucie
czasu jakby przestał się on dla mnie liczyć. Jedyne co słyszałem
to szum i mój oddech. Jednak teraz czułem dziwny niepokój. Czułem
jakby czyjeś oczy skierowane były na mój kark, analizując każdy
krok jaki zrobiłem. Jednak nie byłem wstałem odwrócić się za
siebie. Tym razem bałem się to zrobić bardziej niż zwykle. Mając
nadzieję, że to co czuję to tylko złudne wrażenie szedłem
dalej. Postanowiłem przyspieszyć kroku. Idąc szybkim marszem
mijałem kolejne drzewa, które z każdym pokonanym metrem wydawały
się być coraz starsze i większe. Nagle do moich uszu dotarł szum
typowy dla rzeki. Zmysł słuchu mnie nie oszukał. Widziałem już
ją wyłaniającą się zza drzew. Zauważyłem również most.
Stary, drewniany, łączący dwa brzegi. Wszedłem na niego
spoglądając na wodę. Nagle poczułem straszny odór. Rzeka była
brudna i śmierdząca. Nie zwalniając kroku szedłem przed siebie.
Deski konstrukcji wydawały przerażający zgrzyt. W dodatku nadal
czułem ten przeszywający wzrok na sobie. Coraz bardziej się bałem.
Kiedy udało mi się nareszcie zejść z konstrukcji ku mojemu
zdziwieniu... zgrzyt wcale nie ustał. Słyszałem jak ktoś za mną
stawia krok za krokiem jakby skradał się ukradkiem. Nie
wytrzymałem, obróciłem się szybko za siebie analizując cały
most. Nikogo tam nie było. Nagle zgrzyt ustał i zapadła głucha
cisza. Słyszałem jedynie szum rzeki. Serce biło mi jak szalone,
poczułem jak zimny pot spływa mi po plecach. Przełknąłem ślinę.
Powoli odwróciłem się ponownie myśląc, że mam omamy słuchowe.
Równie powoli zacząłem stawiać kolejne kroki. Szedłem spokojnie
przed siebie mając nadzieję, że to wszystko mi się tylko zdawało.
Nagle znowu poczułem na sobie ten wzrok jednak tym razem dwa razy
silniej, to było porównywalne do dotknięcia. Nie miałem
wątpliwości, ktoś mnie obserwuje. Adrenalina znowu skoczyła mi do
serca. Jednak nieustannie szedłem dalej. W tym samym momencie
usłyszałem ten przerażający zgrzyt stawianych kroków na moście.
Z każdym kolejnym ruchem odgłos stawał się coraz donośniejszy
jakby ktoś zaczynał się rozpędzać i biec w moją stronę.
Instynktownie zacząłem uciekać! Mijałem niskie gałęzie i
przeskakiwałem prze głazy i wystające korzenie. Drzewa wyrastały
przede mną sekunda po sekundzie jakby znikąd. Zauważałem je w
ostatnich chwilach. Słyszałem jak coś z tyłu powtarza każdy mój
krok będąc coraz bliżej i bliżej. Nie odwracałem się za siebie,
jedyne co miałem na myśli to wydostać się z tego lasu. Męczyłem
się coraz bardziej, serce biło coraz mocniej. Coś było już tak
blisko, że słyszałem ten straszny, ciężki oddech. Jednak nie
poddawałem się. Biegłem jak najszybciej tylko potrafiłem. Odgłosy
za mną stawały się coraz donośniejsze. „To już koniec”
pomyślałem. Nagle blask, trzask, wybuch!
…
Leżę
ogarnięty strachem.


0 komentarze:
Prześlij komentarz